Polityka klimatyczna


Polska – Bruksela: dużo rozmów o CO2, ale nie dobito targu

2017-05-16
galeria
Na ostateczne rozstrzygnięcie w sprawie reformy systemu handlu emisjami przyjdzie prawdopodobnie poczekać aż do jesieni. Wciąż nie wiadomo na jakie ustępstwa wobec Polski zgodzi się Komisja Europejska i państwa "starej" UE.

Chyba byliśmy zbyt optymistyczni oczekując, że wizyta Marosza Szewczowicza oraz Josa Delbeke na Europejskim Kongresie Gospodarczym przyniesie przełom w negocjacjach. Komisarz ds. unii energetycznej i szefa Dyrekcji ds. Klimatu w Komisji Europejskiej kilkakrotnie spotykali się w Katowicach z polskimi oficjelami w różnych konfiguracjach. Ale na rozstrzygnięcie czy będziemy mieli kompromis, jest jeszcze za wcześnie. – Ani Polska, ani nasi unijni partnerzy nie dążą do szybkiego dealu, prawdopodobnie licząc, że coś jeszcze uda się wytargować. Pożyjemy, zobaczymy – odpisał nam filozoficznie jeden z uczestników rozmów, na pytanie czy jest już "deal".

Przypomnijmy, że na stole leży projekt dyrektywy wycofującej z rynku część uprawnień do emisji CO2. Komisja Europejska chce poprzez ręczną interwencję spowodować wzrost ich cen, bo wciąż oscylują wokół 5 euro, bo zdaniem Brukseli taki poziom nie sprawia, że inwestycje w niskoemisyjną energetykę staną się opłacalne. Wyższa cena poprawi opłacalność źródeł odnawialnych i gazowych gazowych, w gorszej sytuacji znajdą się elektrownie na węgiel kamienny, w najgorszej – na brunatny. Pieniądze z uprawnień sprzedawanych na aukcjach zasilają krajowe budżety, więc dla fiskusa to doskonała informacja. Dla opartej na węglu energetyki prawdziwy ból głowy.

Jak już pisaliśmy, Polska domaga się dodatkowej rekompensaty ponad to co uzyskała Ewa Kopacz w 2014 r. czyli podwojenia wynegocjowanego wtedy Funduszu Modernizacyjnego (od 2 do 5  mld zł). Pieniądze z Funduszu mają iść na efektywność energetyczną i unowocześnienie energetyki. Poza tym rząd domaga się przyznania energetyce 60 a nie 40 proc. darmowych uprawnień do 2030 r. Polski rząd chce też aby te darmowe uprawnienia wydzielano nam jak dotychczas na podstawie Krajowego Planu Inwestycyjnego, a nie na aukcjach jak zapisano w konkluzjach Rady Europejskiej z 2014 r.

Po nieudanej próbie w lutym 2017 r. rząd zrezygnował z próby włączenia lasów do systemu.  Lasy pozostają w tzw. systemie non-ETS.

Co wiadomo po spotkaniach, które odbyli przedstawiciele polskiego rządu z Szewczowiczem i Delbekem? Po pierwsze, negocjacje w ramach tzw. trilogu czyli rozmów Parlamentu Europejskiego, państw członkowskich oraz Komisji mogą jeszcze potrwać. Nie ma już szans, aby zakończyła je prezydencja maltańska, która kończy urzędowanie za dwa tygodnie. Estończycy, którzy przejmują pałeczkę po Maltańczykach, będą potrzebowali trochę czasu aby rozpatrzyć się w sytuacji. Prawdopodobny termin uchwalenia dyrektywy to początek jesieni. Dla polskiego rządu oznacza to konieczność podjęcia decyzji czy idziemy z tą sprawą na Radę Europejską.  W konkluzjach tej Rady obowiązuje jednomyślność, ale są dość ogólnikowe. Po przyjęciu stanowiska państw na trilog 28 lutego, po którym  polski minister środowiska Jan Szyszko twierdził, że "czujemy się oszukani", prowadzący obrady Maltańczyk obiecał, że sprawa wróci na Radę Europejska. Ale wg naszych informacji szanse na to są niewielkie – porządek obrad ustalany jest w drodze konsensusu, nie widać specjalnej ochoty, żeby był to jeden z głównych tematów Rady,  jak w 2014 r.

Oczywiście Komisja Europejska bardzo chciałaby uniknąć ponownego rozpatrzenia sprawy przez Radę, będzie więc skłonna do ustępstw. Zapewne nie uzyskamy tyle, ile byśmy chcieli, ale  pytanie czy próba zablokowania procesu uchwalania dyrektywy da nam więcej. Wg naszych informacji w KE są zwolennicy dobicia targu z Polską, m.in. obecny w Katowicach Delbeke, ale jest też grupa sceptyków, do których jakoby należy sam komisarz ds. energii Miguel Arias Canete. Wg nich nie sensu tracić czasu na długie negocjacje z Warszawą, skoro w lutym okazało się iż nasz kraj nie jest w stanie skupić wokół siebie mniejszości blokującej.

Sprawę komplikuje jeszcze polski kalendarz polityczny. 1 lipca odbędzie się kongres PiS. Politycy rządzącej partii będą zapewne podkreślać przed nim, a może i w trakcie, że węgiel pozostanie naszym głównym źródłem energii jeszcze na długie lata. Nawet ci członkowie rządu, którzy nieoficjalnie nie wierzą w przyszłość polskiego górnictwa po 2030 r. (a takich jest więcej niż można by przypuszczać) nie powiedzą tego otwartym tekstem.

Komisja Europejska jest gotowa na ustępstwa, ale pod warunkiem zgody na transformację energetyki, co oznacza szybsze lub wolniejsze odchodzenie od węgla. Takie zdanie nie przejdzie przez gardło żadnemu ministrowi w tym rządzie. - Polskie kopalnie będą funkcjonowały, będą produkowały tyle węgla ile uznamy, że jest nam potrzebne dla polskich elektrowni, dla polskich odbiorców. To jest strategia, którą realizujemy i od której nie odstąpimy – powiedział w TVP Info pełnonomocnik rządu ds. infrastuktury energetycznej, Piotr Naimski.

Ale ile węgla będzie potrzebne w 2030 r.? O tym przeczytasz w dalszej częśći artykułu na portalu wysokienapiecie.pl

Źródło: www.wysokienapiecie.pl