Polityka klimatyczna


COP20 w Limie – rośnie szansa na historyczny przełom. Jest szkic globalnego porozumienia klimatycznego

2014-12-11
galeria
Szkic nowego porozumienia zawiera przełomowy zapis: po raz pierwszy w historii wszystkie kraje zobowiążą się do redukcji emisji gazów cieplarnianych. To jednak wciąż za mało, by zatrzymać ocieplenie na bezpiecznym poziomie.

Szkic krążący wśród dyplomatów zgromadzonych w Limie przełamuje impas, w jakim trwały oenzetowskie negocjacje przez dwie dekady. Niestety dokument nie przewiduje globalnego, wspólnego celu redukcyjnego dla wszystkich Stron Konwencji Klimatycznej ONZ.

Poprzestano na mniej ambitnych, ale osiągalnych celach politycznych. W ramach nowego porozumienia wszystkie kraje wyznaczą indywidualne cele, realizowane na poziomie krajowym i w ramach krajowego ustawodawstwa. A to zła wiadomość. Skoro nie wyznaczono ogólnego celu, zgodnego z oczekiwaniami naukowców, nie ma też mechanizmów podziału ciężaru redukcyjnego między poszczególne kraje. Nie ma co liczyć na to, że uznaniowe redukcje zsumują się do poziomu umożliwiającego zatrzymanie ocieplenia na bezpiecznym poziomie.

Peruwiańskie negocjacje są na finiszu. Na horyzoncie kolejna, kluczowa konferencja klimatyczna – w 2015 r. w Paryżu. Oczekuje się, że uda się tam podpisać nowe porozumienie i że będzie ono zawierało 196 oddzielnych deklaracji redukcji gazów cieplarnianych, przedstawionych przez 195 krajów oraz Unię Europejską (jako całość stanowiącą Stronę Konwencji).

To jest przełom, wreszcie wcielamy w życie zasadę, że każde państwo powinno redukować emisje – stwierdził Yvo de Boer, były sekretarz generalny Konwencji Klimatycznej ONZ. – Rozwiały się jednak wielkie nadzieje. Wiele osób jest rozczarowanych, bo to nowe porozumienie nie uchroni nas przed wzrostem temperatur powyżej 2⁰C.

Według naukowców, jeśli temperatury wzrosną powyżej tego progu, nie unikniemy drastycznych i kosztownych zmian klimatu, takich jak: masowe topnienie lodowców, wzrost poziomu morza, ekstremalne susze, niedobory żywności, tornada czy wichury.

W ocenie ekspertów zapisy porozumienia przekładają się na redukcje o połowę niższe niż te wynikające z badań naukowych.

Nowy impuls

Przełom w negocjacjach możliwy był dzięki zmianie postawy dwóch największych emitentów gazów cieplarnianych – Chin i Stanów Zjednoczonych. W listopadzie podpisały one bilateralną umowę klimatyczną, w której zadeklarowały konkretne cele redukcyjne. Przełamały tym samym wieloletni impas globalnych negocjacji.

Pierwszy traktat klimatyczny, Protokół z Kioto z 1997 r., zawierał konkretne cele redukcyjne, ale tylko dla krajów rozwiniętych. W związku z tym Stany Zjednoczone odmówiły jego ratyfikacji, co de facto przyczyniło się do porażki Protokołu.

Szkic nowego porozumienia ma inną konstrukcję. Nie zawiera narzuconych odgórnie, obowiązkowych celów redukcyjnych, ale obliguje wszystkie kraje – i gospodarki rozwinięte, i szybko wschodzące i rozwijające się – do samodzielnego określenia własnych celów. Kraje, które zechcą przystąpić do porozumienia, do marca 2015 r. przedstawią szczegółowe, zawierające konkretne liczby plany redukcji gazów cieplarnianych na okres po roku 2020 (tzw. „wkłady krajowe” – Intended Nationally Determined Contributions).

Na tym etapie szkic porozumienia jest jak szkolny test, oparty o zasadę „wypełnij luki”. W nadchodzących miesiącach poszczególne kraje wpiszą w nie konkretne deklaracje redukcyjne. Pełen tekst stanie się obiektem kolejnych, paryskich obrad.

Według wielu krajów termin marcowy nie jest realny. Np. przedstawiciele Indii zapowiedzieli, że przedstawią swoje zobowiązania najwcześniej w czerwcu.

Negocjatorzy przyznają, że zasada „każdy według swoich możliwości” nie jest rozwiązaniem doskonałym. Tyle jednak dało się uzyskać.

Prawda jest taka, że nikt nie miał innego pomysłu, jak zachęcić wszystkie kraje do podpisania porozumienia – oświadczył Todd D. Stern, główny negocjator USA. – Teoretycznie można by przedstawić propozycje zawierające cele redukcyjne dla każdego państwa z osobna, zgodne z wymogami nauki. Na papierze dałoby to konieczne redukcje, ale mało kto by to podpisał. Żyjemy w rzeczywistości dalekiej od doskonałości.

To nie koniec trudności

Przed negocjatorami jeszcze sporo wyzwań. Oczekuje się, że wiele krajów rozwijających się pójdzie w ślady Chin i przedstawi plany redukcyjne. Jednak wielką niewiadomą jest postawa Australii. W tym roku konserwatywny rząd uchylił regulacje klimatyczne wprowadzające podatek od emisji. Od tamtej pory emisje gwałtownie wzrosły.

Fundusze

Kontrowersje może wzbudzać kwestia finansowania. Kraje najbardziej narażone na skutki zmian klimatu (a jednocześnie najbiedniejsze) oczekują, że państwa rozwinięte sięgną do portfela, by skompensować straty wywołane przez ich własne, historyczne emisje gazów cieplarnianych.

Na konferencji klimatycznej w Kopenhadze kraje rozwinięte zobowiązały się przeznaczyć 100 mld dolarów rocznie do roku 2020 na adaptację do zmian klimatu w krajach rozwijających się. Jednak agenda środowiskowa Narodów Zjednoczonych UNEP szacuje, że koszty adaptacji mogą wynieść nawet 300 mld dolarów rocznie. Dlatego też kraje potrzebujące domagają się zwiększenia kwot wsparcia w nowym porozumieniu. Wiele krajów najciężej dotkniętych zmianami klimatu chce, by „wkłady krajowe” obok konkretnych celów redukcyjnych zawierały też deklaracje wpłat do Funduszu Adaptacyjnego.

Finansowanie może być największą kością niezgody między krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się.

Monitoring i weryfikacja

Problematyczna jest również kwestia monitoringu, weryfikacji i porównania deklaracji redukcyjnych poszczególnych krajów. Chiny zawsze kategorycznie sprzeciwiały się zewnętrznej kontroli swoich głównych sektorów gospodarczych. Teraz również odrzucają propozycję takiego systemu.

To kolejny słaby punkt nowego porozumienia. Nie dość że kraje wyznaczą swoje cele uznaniowo, nie oglądając się na apele naukowców, to trudno będzie de facto zweryfikować, czy cele są osiągane.

Forma porozumienia

Stany Zjednoczone nie chcą prawnie obowiązującego traktatu. Taki wymagałby ratyfikacji przez Kongres, obecnie zdominowany przez nieprzychylnych polityce klimatycznej Republikanów. Mogłaby się powtórzyć sytuacja z 1997 r., kiedy to Senat nie zgodził się na ratyfikację Protokołu z Kioto.

Jednak wiele krajów chce, by nowe porozumienie miało charakter prawnie wiążący.

„Sojusz paryski”

Francuscy negocjatorzy zaproponowali roboczą nazwę nowego porozumienia. Brzmi ona „Sojusz paryski” i ma wyrażać ducha współpracy krajów o różnym stopniu rozwoju i odejście od poprzedniego systemu odgórnych ustaleń.

COP20 w Limie kończy się w piątek, 12 grudnia.

Marta Śmigrowska, na podstawie The New York Times